Farbiarz

Farbiarz to dawny rzemieślnik, który nadawał tkaninom i przędzom trwały kolor, łącząc wiedzę o włóknach, barwnikach i chemii zapraw z praktyką warsztatową. Poniżej – rzeczowy przewodnik po zawodzie: od historii i narzędzi po współczesne nisze i miejsca, gdzie zobaczysz barwienie „na żywo”.

Kim był farbiarz

Farbiarz to rzemieślnik, który nadawał tkaninom i przędzom kolor. Pracował z różnymi włóknami – lnem, wełną, konopiami i jedwabiem – oraz z naturalnymi barwnikami pochodzącymi z roślin, zwierząt i minerałów. Zanim materiał trafił do „kolorowej” kąpieli, trzeba go było dobrze przygotować: wyprać, odtłuścić, czasem wybielić i „zaczepić” barwnik do włókna tzw. zaprawą (np. ałunem, sodą czy potażem). Dzięki temu kolor był głęboki i trwały. Przepisy na takie kąpiele i proporcje stanowiły tajemnice warsztatu, a nad jakością czuwał cech. Samodzielnym mistrzem można było zostać dopiero po latach nauki i zdaniu egzaminu.

Farbiarz musiał znać „charakter” każdego włókna. Wełna dobrze łapała barwniki, ale nie lubiła gwałtownego podgrzewania; len trzeba było dłużej moczyć i odtłuszczać; jedwab barwił się szybko, ale łatwo go było przegrzać. Równie ważna była zaprawa, bo ta sama substancja barwiąca z różnymi dodatkami dawała inne odcienie: z ałunem kolor był żywszy, z solami żelaza – przygaszony, oliwkowy. W praktyce farbiarstwo łączyło podstawy chemii, precyzję prowadzenia procesu i oko do koloru. Pracowano na zamówienie – dla sukienników, krawców czy całych cechów – w krótkich seriach, tak by kolejne partie miały ten sam odcień.

W dużych miastach bywali specjaliści od konkretnych barw: „od błękitów” (urzet/indygo), „od czerwieni” (marzanna, kermes, czerwiec) czy „od żółci” (rezeda, szafranica). Każdy z tych barwników wymagał innego prowadzenia kąpieli: innej temperatury, czasu, a nawet rodzaju naczynia. Codziennością była też kontrola jakości: farbowano małe próbniki, sprawdzano, czy kolor się nie wyciera na mokrym białym płótnie, wystawiano próbki na słońce, a wyniki zapisywano w księdze barwniczej – z dokładnymi proporcjami, temperaturą i czasem. Dzięki temu można było odtworzyć udany kolor przy kolejnym zamówieniu.

Jak powstawały materiały

Barwienie to kilka kolejnych kroków. Najpierw materiał trzeba dobrze przygotować: wyprać, odtłuścić, czasem wybielić i dodać zaprawę (np. ałun, soda, potaż), żeby barwnik lepiej „złapał” włókno. Potem robi się sam barwnik – z roślin (marzanna daje czerwienie, urzet/indygo błękity, rezeda żółcie), ze zwierząt (np. czerwiec polski) albo z minerałów. Właściwe barwienie odbywa się w kadziach, gdzie pilnuje się temperatury i czasu. Kiedy kolor jest wystarczająco mocny, tkaninę płucze się i suszy. Czasem cały cykl powtarza się kilka razy, żeby uzyskać dokładny odcień i lepszą trwałość.

W praktyce wygląda to tak:

  1. Pranie i odtłuszczanie – w popiele, ługu potasowym albo mydlinach.
  2. Zaprawianie – dłużej i w niższej temperaturze, żeby zaprawa weszła w włókna.
  3. Barwienie – jedno lub kilka zanurzeń, z przerwami na schłodzenie.
  4. Utrwalanie + płukanie – w czystej wodzie, czasem lekko zakwaszonej octem.
  5. Suszenie i „ustawienie” tkaniny – na ramach, żeby nie zmieniła wymiaru.

Przy błękitach z urzetu/indygo używa się tzw. kadzi redukcyjnej – barwnik działa bez dostępu powietrza. Po wyjęciu materiału następuje kontakt z tlenem i dopiero wtedy „magicznie” pojawia się niebieski kolor. Czerwienie z marzanny wymagają cierpliwości i długiego podgrzewania bez wrzenia. Żółcienie z rezedy dają szeroką paletę – od cytrynowego po oliwkowy, zwłaszcza gdy doda się sole żelaza.

Ogromne znaczenie ma woda. Miękka pomaga w uzyskaniu czystych błękitów i różów, twarda potrafi „mętnić” kolor albo go zrywać. Dlatego farbiarnie stawiano przy dobrych ujęciach wody. Surowce barwierskie zbierano sezonowo (np. korzenie marzanny, liście urzetu, kwiaty rezedy), suszono, mielono i trzymano w szczelnych skrzyniach. Przy większych zamówieniach farbiarz przygotowywał próbniki, uzgadniał z klientem docelowy odcień i barwił partiami („pasmami”), żeby kolejne bele wyglądały tak samo. Wełnę i mieszanki traktowano ostrożniej (żeby nie sfilcowały i się nie skurczyły), len wymagał dłuższego moczenia i mocniejszych zapraw, bo ma „śliskie” włókna.

Na końcu dochodzi wykończenie: wygładzanie, lekkie usztywnienie skrobią lub klejami roślinnymi i suszenie w przewiewnym miejscu. Unika się pełnego słońca – świeży kolor mógłby w nim szybko wyblaknąć.

Narzędzia i organizacja warsztatu

Dawna farbiarnia to „mokry” warsztat – dużo wody, pary i ciepła. W centrum stały kadzie (drewniane beczki lub misy) z kąpielą barwiącą, podgrzewane nad paleniskiem. Do mieszania i wyciągania tkanin używano drewnianych kijów i wideł, do odmierzania składników – wag i miarek, a do rozdrabniania – moździerzy. Wywary przecedzano przez sitka i cedzidła, żeby nie było w nich fusów. Trzeba było pilnować temperatury i proporcji – zbyt gorąca kąpiel albo źle dobrana zaprawa kończyły się plamami, zbyt ciemnym kolorem albo sfilcowaniem wełny. Sprzęty zużywały się szybko (ciągłe grzanie i wilgoć), więc często je naprawiano albo wymieniano.

Poza kadziami używano kotłów miedzianych lub żelaznych – metal naczynia też wpływał na odcień. W pracowni stały żarna i młynki (do mielenia surowców), prasy (do odciskania nadmiaru płynu), motowidła i zwijadła (do przędzy), stojaki na próbnikidługie stoły do odmierzania pasm. Zamiast nowoczesnych termometrów farbiarz często oceniał temperaturę „na wyczucie” – po wyglądzie kąpieli i dotyku – a czas liczył klepsydrą, świecą albo według „miar” znanych z codzienności („pół pacierza”). Do suszenia służyły belki i linki albo ramy naciągowe (tzw. tenter-frames), które trzymały tkaninę w wymiarze, żeby po mokrych procesach się nie skurczyła. Ścieki odprowadzano rowami do rzeki, dlatego farbiarnie stawiano na obrzeżach, przy ciekach wodnych – tak wymagały miejskie przepisy.

W pracy panował podział ról. Mistrz pilnował receptur i najtrudniejszych barw. Czeladnik doglądał palenisk i przygotowywał kąpiele. Uczniowie prali, płukali i zwijali przędzę. Robiono zarówno zamówienia cechowe (np. dla sukmnistrzów), jak i prywatne. Przy większych partiach prowadzono „księgi koloru” – karty z próbkami i dokładnymi zapisami (proporcje, temperatura, czas), żeby można było potem odtworzyć ten sam odcień. W zapasie były też „ratunkowe” kąpiele: odbarwiające, korygujące oraz wywary garbnikowe do przygaszania zbyt jaskrawych tonów. Tak samo ważne jak barwniki były drewno i węgiel – bez równego ognia nie dało się prowadzić stabilnych serii. Na koniec bezpieczeństwo: dym, para i substancje kwaśne/zasadowe wymagały dobrego przewiewu, więc warsztat miał duże wrota i okna, a podłogę regularnie polewano wodą, żeby zbić pył i osady.

Dlaczego zawód zanikł

Kiedy w XIX wieku rozkręcił się przemysł tekstylny, barwienie przeniosło się z małych, rodzinnych farbiarni do dużych fabryk. Zamiast kadzi nad ogniem pojawiły się linie produkcyjne, mieszadła, kotły pod ciśnieniem i pomiary pH. Prawdziwą rewolucją były barwniki syntetyczne: dawały przewidywalne odcienie, lepiej trzymały kolor i łatwiej było je powtarzać w dużych seriach. Do tego doszły przepisy sanitarne i środowiskowe – zapachy, ścieki i osady z farbowania nie mogły już trafiać do centrum miasta, więc farbiarnie przenoszono na obrzeża albo zamykano. Tam, gdzie mistrzowie nie zdołali wejść w nowe technologie i skalę, tradycyjny farbiarz po prostu zniknął, a jego zadania przejęli technolodzy, laboranci, operatorzy linii i kontrolerzy jakości.

Swoje dołożyła też ekonomia i historia. Rynek chciał szybko i tanio – miliony metrów materiału w identycznym kolorze „na już” – czego ręczne farbowanie nie było w stanie zapewnić. System cechowy, który uczył zawodu latami „u mistrza”, osłabł; w jego miejsce weszły szkoły i kursy uczące obsługi maszyn i zasad BHP. Dwie wojny światowe przerwały ciągłość wielu warsztatów, a powojenne centralizacje przemysłu wciągnęły barwienie do wielkich kombinatuów. W efekcie farbiarz jako samodzielny rzemieślnik prowadzący własną farbiarnię stał się rzadkością – pamiątką po czasach sprzed chemii przemysłowej i pełnej standaryzacji.

Farbiarz dziś: rzemiosło niszowe czy pokaz?

Dziś słowo „farbiarz” ma dwa znaczenia. Po pierwsze – to normalna praca w przemyśle tekstylnym. Taki specjalista obsługuje nowoczesne barwiarkiautoklawy, pilnuje temperatury, pH, czasu i stężenia barwnika, współpracuje z laboratorium kolorów i sprawdza, czy efekt pasuje do wzornika. To praca „na procedurach”: wszystko jest mierzone i bezpieczniejsze niż kiedyś (ochrona osobista, oczyszczanie ścieków, odzysk ciepła).

Po drugie – istnieje niszowe rzemiosło i działania artystyczno-edukacyjne. Małe pracownie wracają do barwników roślinnych i prostych zapraw. Barwią krótkie serie: wełny do rękodzieła, jedwabne chusty, lniane tkaniny. Dzięki temu powstają efekty, których nie daje masówka: melanże, delikatne przejścia, „żywa” barwa, która zmienia się w zależności od światła i splotu. Często są to też warsztaty – uczniowie i dorośli poznają cały łańcuch: od surowca, przez barwienie, po gotowy wyrób, a przy okazji uczą się o wodzie, pH i ekologii w małej skali.

Te dwa światy się uzupełniają. Przemysł daje powtarzalność i odporność koloru, a rzemiosło – autentyczne doświadczenie, historię i indywidualny efekt. Coraz częściej pojawia się też „trzecia droga”: małe manufaktury, które łączą ręczne farbowanie z kontrolą jakości znaną z fabryk (zapisy receptur, próbki kolorów, badanie pH i twardości wody). Dzięki temu farbiarz może być i zawodem „tu i teraz”, i żywą tradycją pokazywaną na warsztatach.

Pokazy i rekonstrukcje

Na jarmarkach i festiwalach rzemiosł farbiarz-rekonstruktor robi wszystko „na oczach” widzów: od gotowania wywarów, przez zaprawianie tkanin, po barwienie próbek. Widać cały proces – „od kadzi do sznura suszarniczego” – łącznie z efektem, który zawsze robi wrażenie: materiał wyjęty z pozornie burej kąpieli po kontakcie z tlenem nagle łapie kolor (tak działa błękit urzetu/indygo). Prowadzący tłumaczy też proste triki chemiczne: kiedy zakwasić kąpiel (np. wodą z octem), a kiedy ją zasadowić (np. sodą), oraz co daje zaprawa – dzięki niej barwa trzyma się włókna i mniej się spiera.

Pokazy mają sporo konkretnych przykładów z natury. Usłyszysz, że marzanna barwierska daje czerwienie, rezeda – żółcie, a galasówki z dębu w połączeniu z żelazem potrafią wyciągnąć głębokie czernie (te same galasy używano też do czarnego atramentu). Bywa też o kruszynie – jeden surowiec, a od żółci po lekkie czerwienie, w zależności od przepisu. Prowadzący podkreślają, że nie da się drugi raz ufarbować idealnie tak samo: zmienia się pogoda, twardość wody, proporcje i czas. Nawet metal naczynia ma znaczenie – odrobina żelaza z garnka potrafi przyciemnić odcień. Do tego dochodzi wątek historyczny: urzet wymagał fermentacji i „pachniał” tak mocno, że w średniowieczu barwiarnie z tym barwnikiem wynoszono poza miasto. Krótko mówiąc, pokaz łączy chemię w praktyce, historię i wizualny „wow” (para, kolor, ruch).

Gdzie zobaczyć

Barwienie naturalne znajdziesz w osadach rzemiosł i na dużych wydarzeniach historycznych. Zwykle są to krótkie bloki:

  • przygotowanie zapraw i gotowanie wywarów,
  • barwienie przędzy i tkanin,
  • płukanie w wodzie (czasem z dodatkiem octu) i suszenie na ramach lub sznurach,
  • przegląd próbek i rozmowa o recepturach.

Coraz częściej odbywają się też kameralne warsztaty w muzeach i domach kultury – w małych grupach nauczysz się doboru surowców, prowadzenia kąpieli, zapisywania przepisów (proporcje, czas, temperatura) i oceniania efektu. Na dużych imprezach – jak Dni Grunwaldu – farbiarstwo stoi obok tkactwa i krawiectwa, więc w jeden dzień zobaczysz cały łańcuch: włókno → splot → kolor → gotowe ubranie. Dzięki temu farbiarz nie jest tylko „pokazem”, ale częścią szerszej opowieści o materiale, technologii i kulturze użytkowej – od natury po strój, który naprawdę da się nosić.

Ciekawostka:

Jan Szczepanik – wynalazca z Galicji, o którym pisał nawet Mark Twain – połączył świat farbiarzy z rodzącą się fotografią barwną. Już w 1896 r. opracował „elektryczno-fotograficzno-optyczną” metodę wytwarzania tkanin wzorzystych: wzór przenoszono na materiał fotograficznie, z użyciem światłoczułych warstw i barwników, co zrewolucjonizowało drukowanie tkanin i gobelinów. Później rozwijał techniki barwne także w fotografii (m.in. papier typu bleach-out, który wybielał odpowiednie barwniki pod wpływem światła), a jego rozwiązania wdrożyła m.in. Agfa. Innymi słowy: Szczepanik „przestawił” kolor z kadzi farbiarskiej na światło – od rzemieślniczego barwienia do fotochemicznego nanoszenia barw i wzorów.

Najważniejsze fakty

  • Farbiarz to wyspecjalizowany rzemieślnik od barwienia tkanin i przędz; korzystał z receptur, które często były tajemnicami mistrzów.
  • Przygotowanie tkaniny obejmowało pranie, wybielanie i zaprawianie (np. ałunem), by poprawić „chwyt” barwnika.
  • Najpopularniejsze źródła koloru: marzanna (czerwienie), urzet (błękity), rezeda (żółcie), a także czerwiec polski i składniki mineralne.
  • Kluczowe narzędzia warsztatu: kadzie, paleniska, mieszadła, wagi/miarki, sitka/cedzidła, stojaki do suszenia.
  • Farbiarnie działały w systemie cechowym; dostęp do zawodu regulowały przepisy jakości i uprawnień.
  • Industrializacja i syntetyczne barwniki przeniosły barwienie do fabryk, powodując zanik modelu rzemieślniczego.
  • Współcześnie „farbiarz” to zarówno operator przemysłowy, jak i rzemieślnik pracujący w małej pracowni.
  • Pokazy farbiarskie są ważnym elementem jarmarków i rekonstrukcji; publiczność często bierze udział w prostych ćwiczeniach.
  • Warsztaty barwienia naturalnego pojawiają się w programach edukacyjnych („Dotknąć Tradycji”, Dni Grunwaldu).
  • Wyposażenie farbiarni szybko się zużywało przez kontakt z gorącymi kąpielami; sprzęt regularnie wymieniano.

Mini-FAQ

Czy farbiarz barwił wyłącznie tkaniny lniane i wełniane?
Nie. Choć dominowały len i wełna, barwiono też konopie, jedwab oraz przędze. Ważne było dostosowanie zapraw do rodzaju włókna.

Co to jest zaprawa (mordant)?
To substancja (np. ałun), która wiąże barwnik z włóknem, zwiększając trwałość i nasycenie koloru.

Jak kontrolowano odcień?
Poprzez temperaturę, czas kąpieli i stężenie wywaru; często wykonywano kilka krótszych zanurzeń zamiast jednego długiego.

Czy narzędzia były skomplikowane?
Nie – przeważały proste, ale odporne narzędzia: kadzie, paleniska, mieszadła, miarki i cedzidła do klarowania wywarów.

Dlaczego farbiarnie znikały z miast?
Industrializacja i przepisy sanitarne/środowiskowe przeniosły „brudne” procesy do wyspecjalizowanych zakładów poza śródmieściem.

Czy dziś można nauczyć się barwienia naturalnego?
Tak. Pracownie i edukatorzy prowadzą warsztaty barwienia roślinnego i rekonstrukcje dawnych metod dla dorosłych i młodzieży.

Czy farbiarz istnieje jako zawód?
Tak – w przemyśle tekstylnym (operator/technolog barwienia) oraz w niszowych pracowniach rzemieślniczych i edukacyjnych.

Podziękowania

Serdecznie dziękujemy Grzegorzowi „Jurgisowi” Litwinowi oraz Paulinie Edycie Niewiadomskiej (Poczet Rycerski Herbu Fastolf / Sir John Fastolf’s Retinue) za otwarcie przed nami tajników farbiarstwa – od przygotowania zapraw, przez prowadzenie kąpieli, po utrwalanie i suszenie. Pokazowe „od kadzi do sznura” i cierpliwe tłumaczenia różnic między marzanną, urzetem i rezedą, wpływu wody oraz metalu naczynia, pozwoliły zobaczyć, jak żyje kolor w praktyce. Dziękujemy za czas, pasję i dzielenie się doświadczeniem!

Kram Medieval Living, Poczet Rycerski Herbu Fastolf / Sir John Fastolf’s Retinue, Fundacja Żywej Historii Hanza
e-mail: hanza.fundacja@gmail.com, tel. +48 500785624, +48784113301

 

Ministerstwo Edukacji Narodowej
Fundacja Wspierania Kultury i Edukacji

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Edukacji w ramach programu Nasze tradycje

Arkadiusz Rutkowski website
Przejdź do treści